• 697-864-564

Jak motywować (dla nauczycieli)

Przedstawiam tutaj kilka praktycznych metod mobilizowania uczniów do utrwalania Kanonu, lub jakiejkolwiek innej wiedzy, wybranej przez nauczyciela. Plan, który pomoże zmaksymalizować skuteczność nauki na lekcji, minimalizując czas jaki uczniowie muszą poświęcić przedmiotowi w domu.

1.

Zapoznajmy podopiecznych z “Kanonem Maturus” (wystarczy 10 minut), a jeśli znajdą się chętni, wyślijmy kartę zgłoszenia. W każdej klasie są uczniowie ambitni, których pociągają wyzwania. Zachęcajmy ich obietnicą oceny celującej z wysoką wagą za dostanie się do finału. Nawet niewielka grupka może dać dobry przykład innym, wzniecić szlachetną rywalizację w nauce, pociągnąć niedowiarków do pracy nad swoim wykształceniem. Chwalmy głośno erudycję, a z czasem mentalność wyśmiewania kujonów zostanie zastąpiona dezaprobatą dla lenistwa. To podstawowy warunek, aby szkoła zaczęła w końcu równać w górę. Stały udział w Konkursie Maturus, to nic innego, jak permanentna motywacja do kumulowania wiedzy i ćwiczenia pamięci długotrwałej. A masowy udział uczniów w tym interdyscyplinarnym egzaminie zapewni jakościowy skok efektów nauczania całej szkoły. Jeśli w jakiejś klasie zbierze się większa grupka uczestników, idźmy za ciosem i róbmy im chociaż raz w tygodniu kartkówkę z wybranej (odpowiedniej dla przedmiotu) części Kanonu. Jeśli część uczniów dostanie za dobry wynik wysokie oceny z odpowiednio zachęcającą wagą, reszta też będzie chciała i zaczną utrwalać wiedzę przerobioną we wcześniejszych latach, z której sprawdzianu już im zrobić nie możemy. Nauki nie jest mało, to wysiłek ponadprogramowy, więc to będą stopnie w pełni zasłużone. Jeśli nie sprawimy, że ta dodatkowa praca będzie opłacalna, to nie wykorzystamy ich potencjału

2.

Uczniowie wiele raz w ciągu roku mają zastępstwa za nieobecnych nauczycieli. Często marnują ten czas na czczą gadaninę, traktują jak godzinę wolną. To czyste marnotrawstwo. Wymagajmy pracy, pilnujmy, żeby rzeczywiście się uczyli. Niech odrabiają lekcje, czytają lub utrwalają sobie Kanon. Wielu uczniów lubi z nudów szpecić podręczniki rozmaitymi rysunkami - niech to robią w Kanonie, niech koło zdania o Cezarze narysują sztylety, a obok II wojny światowej jakieś czołgi. To ułatwia naukę wzrokową i sprawia, że strony nabite tekstem są mniej straszne.  

3.

Wyjaśnię co mam na myśli na przykładzie mojego przedmiotu. My, nauczyciele historii, mamy zaledwie dwie lekcje w tygodniu. Wobec tego trzeba szanować każdą minutę lekcji.. Przemyślana i konsekwentnie pilnowana organizacja pracy może spowodować, że większość uczniów opanuje wymagany materiał z wyłącznie dzięki pracy na lekcji. Ale to musi być autentyczna praca od początku do końca każdej lekcji historii. Zatem nie może tutaj być miejsca na najmniejsze marnotrawstwo.

Wiele klas wchodzi do sali bez pośpiechu. Rozpakowują się powoli, rozmawiając o tematach zaczętych na przerwie. Kiedy nauczyciel próbuje zwrócić młodzieży uwagę, że jest po dzwonku, patrzą się na niego jak na jakiegoś natręta, który wchodzi z butami w ich prywatną sferę. Ja sam nie raz miałem wrażenie, że zdaniem uczniów dopuszczam się nietaktu domagając się od nich, by wreszcie zabrali się do swoich lekcyjnych obowiązków. Takie podejście do lekcji trzeba uciąć z całą stanowczością, niczym samurajskim mieczem. Ja nie zabieram uczniom czasu na przerwie, więc uczniowie nie mają prawa zabierać mi czasu na lekcji swoim guzdraniem się. Jasno i z całą powagą oświadczyłem wszystkim moim klasom, że mają 40 sekund od otworzenia drzwi do pracowni, aby wejść, rozpakować się i stanąć do przywitania. Następnie witamy się jak na kulturalnych ludzi przystało i uczniowie mają kolejne 20 sekund aby zająć miejsca i wyjąć wszystko konieczne do zajęć, czego nie zdążyli wyciągnąć przed przywitaniem. Podany czas jest w 100% sprawdzony! Nikt, z wyjątkiem uczniów niepełnosprawnych, nie ma prawa do taryfy ulgowej w tej kwestii. Nie raz widziałem, że uczniowie potrafią spakować się i opuścić salę w ciągu 15 sekund od dzwonka na przerwę. Zatem cała minuta na przygotowanie się do zajęć jest absolutnie wystarczająca. W pierwszej sekujcie drugiej minuty od otworzenia dzwi, cała klasa ma obowiązek uczyć się z podręcznika, zeszytu lub Kanonu. Kto się nie uczy, dostaje minusa z aktywności. Bardzo rzadko muszę w ten sposób karcić uczniów, gdyż sprostanie tak opisanym wymaganiom nie jest niczym trudnym. Dla wszystkich moich uczniów taki początek lekcji stał się rytuałem, który ma głębokie znaczenie dla ich edukacji.

Pewnego razu zadałem moim uczniom pytanie, ile zajęłoby im nauczenie się jednej strony z Kanon”? Mieli spojrzeć na dowolną stronę wypełnioną treścią i samodzielnie wyliczyć, w oparciu o ich własne doświadczenia, jak długo musieliby nad nią ślęczeć, by opanować ją w stopniu perfekcyjnym. Odpowiedzi były rozmaite, ale około 90% uczniów oświadczyło, że zmieściliby się w przedziale od półtorej do trzech godzin zegarowych. Oczywiście przy założeniu, że mieliby odpowiednie przerwy na odpoczynek. Pytałem się wielu klas, w także i tych, które miały już do czynienia z Kanonem od półtora roku, więc wiedzieli co mówią. Ich oceny były szczere i bardzo realistyczne. Nie rozumieli jednak czemu mnie to interesuje. Wyjaśniłem im, że nie bez powodu jestem tak restrykcyjny w kwestii błyskawicznego wejścia do sali, przywitania i rozpoczęcia lekcji. Każda minuta jest na wagę złota i udowodniłem im to z pomocą następujących wyliczeń.

Nauczyciel zwykle nie rozpoczyna zajęć natychmiast po zajęciu miejsc przez uczniów. U mnie praktycznie na każdej lekcji kilka pierwszych minut to czynności logistyczne. Muszę włączyć komputer, sprawdzić obecność, uruchomić rzutnik, przygotować materiały, przepytać jednego lub dwóch uczniów, wpisać im oceny i wykonać rozmaite inne czynności. To zajmuje średnio 7 minut. Co w tym czasie robią uczniowie? Jak sami przyznają, te drogocenne minuty zazwyczaj marnotrawią. Po zajęciu miejsc bawią się na tysiące sposobów: pstrykają długopisami, grzebią w torbach lub piórnikach, rysują na końcu zeszytu, marzą po ławkach, gapią się za okno, piszą liściki, a najczęściej zwyczajnie rozmawiają. Salę wypełnia charakterystyczny dźwięk rozprężenia i rozgardiaszu, taki szkolny jarmark. Jest to kompletnie stracony czas. Czy poza stwierdzeniem tego banału, możemy zrobić coś konstruktywnego? Może na początek policzmy ten regularnie marnowany czas i zastanówmy się nad bardzo ważnym pytaniem. 

Co byśmy zyskali, gdyby wszyscy uczniowie systematycznie poświęcali te pierwsze 7 minut lekcji na intensywną naukę?

Historia jest dwa razy w tygodniu, zatem uczeń, który bezproduktywnie czeka na rozpoczęcie lekcji, traci 14 minut tygodniowo. W jednym roku szkolnym mamy przynajmniej 60 lekcji, nie licząc sprawdzianów. 60 razy 7 minut daje 420 minut, czyli 7 godzin zegarowych. W ciągu pięciu lat szkoły podstawowej odbywa się przynajmniej 270 lekcji historii. Rachunek jest prosty: 7x270=1890 minut, czyli ponad 30 godzin zegarowych. Kiedy ktoś po raz pierwszy weźmie do ręki Mały Kanon Maturus i przyjrzy się części poświęconej historii, zobaczy 8 stron zapełnionych tekstem. Może poczuć się onieśmielony, zdziwiony, zszokowany. Trudno się dziwić, to naprawdę wygląda strasznie. Ale przyjrzyjmy się temu zagadnieniu chłodno i racjonalnie. Na każdej stronie znajduje się od 30 do 40 zdań. Oznacza to (35x8=280 zdań), że na jedną lekcję przypada średnio jedno nowe zdanie do nauczenia się. Można mnie posądzić o przesadę w tych drobiazgowych wyliczeniach, ale na pewno nie można mi zarzucić, że za dużo wymagam. Jeśli sami uczniowie przyznają, że są w stanie nauczyć się jednej strony w maksimum 3 godziny to znaczy, że ucząc się przez 7 minut na początku każdej lekcji, są w stanie spokojnie opanować cały dział historyczny z Kanonu, nie poświęcając na to ani minuty w domu.  

A przecież nie trzeba tych 7 minut poświęcać na przygotowania do Konkursu Maturus. Można uczyć się czegokolwiek innego, co ułatwi nam spełnienie wymagań danego nauczyciela. Liczby nie kłamią - dzięki systematycznej pracy na początku każdej lekcji, można bez problemu opanować wiedzę potrzebną do zaliczenia każdego sprawdzianu na ocenę bardzo dobrą lub celującą. Młodzi nie patrzą na to w ten sposób. Dla nich każda okazja do zabawy jest dobra. Skutkiem tej słabości po pięciu latach mamy 30 bezcennych roboczogodzin wyrzuconych w błoto. A czy my, nauczyciele zdajemy sobie sprawę z tego co tracimy? Czy nam wolno tej szansy nie dostrzegać? Czy mamy moralne prawo patrzeć na lenistwo naszych uczniów przez palce? Moim zdaniem nie powinniśmy być w tej sprawie bezczynni. Naszym obowiązkiem jest wymagać od podopiecznych systematycznej pracy.

Rodzice często mają do nas pretensje, że zadajemy za dużo prac domowych. Oto rozwiązanie znajduje się na wyciągnięcie ręki. Zdyscyplinujmy uczniów, by sprawnie weszli do sali i zmobilizujmy ich do utrwalania wiedzy w tych kilku minutach na początku lekcji. Wielu ludzi nie docenia mocy krótkich i częstych powtórek, a prawda jest taka, że jest to jedna z najskuteczniejszych metod. Repetitio est mater studiorum. Człowiek uczy się powtarzając. A im częściej powtarzamy, tym lepiej zapamiętujemy. Czy ktoś widział godzinną reklamę w telewizji? Nie ma takich reklam. Dlaczego? Przecież są bogate koncerny, które stać na taki luksus. A jednak wolą wykupić 120 spotów i puszczać przez wiele tygodni, żeby każdy mieszkaniec kraju usłyszał ich hasło reklamowe chociaż 2 razy na dobę. Efekt jest murowany. Po takiej kuracji na mózgu będziemy recytować treść reklamy w środku nocy, czy tego chcemy czy nie. Bo tak najskuteczniej uczy się nasz umysł - krótkie, ale częste powtarzanie, to klucz do sukcesu. Kto z nas nie pamięta reklam, nawet takich sprzed wielu lat? One są w naszej pamięci długotrwałej i tam już pozostaną do końca naszych dni. Czemu tego samego mechanizmu nie zastosować w edukacji, dla dobra uczniów? Nie trzeba niczego zmieniać w sposobie prowadzenia właściwej części lekcji ani dawać dodatkowych prac domowych. Wystarczy zagospodarować te kilka minut, które aż się o to proszą.  

Jak zmobilizować uczniów, żeby zamiast czczej gadaniny wzięli się autentycznie do pracy zaraz po rozpoczęciu lekcji? Jak sprawić, by uczciwie utrwalali swoją wiedzę przez tych 7 minut, zanim nauczyciel zacznie przerabianie nowego tematu? Dobre pytanie. Są dwa sposoby - kij i marchewka. Moi uczniowie mają wyraźnie przykazane, żeby po zajęciu miejsc natychmiast zaczęli się uczyć. Mają albo utrwalać wiedzę z Kanonu, albo czytać podręcznik. Nikt nie ma prawa się nudzić i większość uczniów rzeczywiście powtarza. To fascynujący widok - minutę po dzwonku cała klasa pogrąża się w intensywnej nauce. Słychać przelatującą muchę, a w pracowni zamiast jarmarku panuje aura jak w czytelni biblioteki uniwersyteckiej. Proszę mi wierzyć - mam taki widok codziennie i jest wspaniały! Niektórzy oczywiście tylko otwierają Kanon lub książkę i tępo patrzą się w litery, udają naukę. Próbuję takich uczniów wyłapywać i tłumaczę, namawiam, przekonuję, ale nawet jeśli się uprą przy swoim lenistwie, nic nie szkodzi - ważne, żeby symulanci nie przeszkadzali tym, którzy sumiennie pracują. Na własne życzenie szkodzą sami sobie, ale przynajmniej nie burzą tej wyjątkowej atmosfery i nie rozpraszają innych. 

Nie wolno jednak poprzestawać na kiju. Naszym zadaniem jest przekonywać podopiecznych, że żelazna dyscyplina, którą wprowadzamy jest autentycznie dla ich dobra. Ja tłumaczę im, że nauka w szkolnej sali, wśród koleżanek i kolegów pogrążonych w nauce jest znacznie wydajniejsza niż w domu. Tam ściany są oblepione kolorowymi plakatami, na półkach stoją zabawki i gry, tuż obok smarfon nieustannie kusi, za ścianą brat słucha muzyki, a z innej strony dobiegają odgłosy serialu w telewizji. Nie każdy zrozumie to od razu, ale po pewnym czasie dzieci zaczynają dostrzegać, że łatwiej jest się uczyć wśród uczących się rówieśników. Czasem pozwalam klasie przepytywać siebie nawzajem w ławkach i niemal wszyscy rzeczywiście się odpytują z powtórzonego materiału. Jeśli trafię na upartego ucznia, próbuję dotrzeć do niego bardziej konkretnym argumentem. Pytam się go ile warta jest w rozrywka w postaci bezproduktywnego siedzenia na lekcji w porównaniu z rozrywkami, które ma w domu? Każdy przyzna, że niewiele. Mówię mu wówczas, żeby tę marną rozrywkę na twardym szkolnym krześle wymienił na dowolną rozrywkę we własnym pokoju. Patrzy zdziwiony, nie rozumie o czym mówię, więc tłumaczę mu ów prosty i oczywisty fakt, iż każda godzina solidnie przepracowana w szkole, to godzina wolnego czasu w domu, której nie będzie musiał poświęcić na naukę. Nauczyciel konsekwentnie wymagający pracy od pierwszej do ostatniej minuty lekcji pomnaża uczniom ilość ich wolnego czasu w domu. 

4.

Każdy człowiek jest inny, różnimy się pod wieloma względami, uczymy się w różny sposób, jedne metody działają na tych, inne na innych. Nauczyciele powinni uczyć dzieci jak się uczyć, pokazywać rozmaite sposoby, techniki, żeby każdy uczeń mógł znaleźć coś dla siebie. Kiedy na moich lekcjach przychodzi czas na historię Polski, zaczynam prostą i skuteczną procedurę. Zaraz po 7-minutowej powtórce uczniowie otwierają stronę z polskimi władcami. Zadaniem klasy jest głośno, równo i wyraźnie wyczytać chóralnie każdego z nich po kolei. Nauczyciel każe, więc uczniowie to robią: Mieszko I, Bolesław Chrobry, Mieszko II, Kazimierz odnowiciel… itd. aż do wskazanego miejsca. W klasie piątej dochodzą do Zygmunta Augusta, w klasie szóstej do I wojny światowej, w siódmej do Bieruta, a w ósmej od początku do końca. Początkowo mają obowiązek tylko czytać. Potem zachęcam do uczenia się pocztu na pamięć - wstawiam piątki i szóstki. Uczniowie powtarzają wszystko głośno na każdej jednej lekcji. Gdy mają za sobą kilkadziesiąt powtórzeń, prawie wszyscy umieją wymienić władców z pamięci. Ja oczywiście muszę tej recytacji słuchać w każdej klasie, głowa mi pęka, ale cóż - taka praca. To niezwykle skuteczna metoda łącząca pamięć słuchową (uczniowie słyszą wielokrotnie listę kolejnych królów), wzrokową (patrzą na spis w “Pakiecie”) i nawet mięśniową (osobiście wypowiadają każde imię, co działa jak nauka piosenki). 

5.

Nie mam prawa nikogo zmuszać do nauki z Kanonu, ale mogę zachęcać. Odkąd istnieje szkoła, istnieje proceder odpytywania. To nielubiany przez uczniów element, ale praktyka pokazuje, że bez niego uczniowie zwyczajnie przestają na bieżąco przygotowywać się do lekcji, co oznacza śmierć systematycznej nauki. Nauczycielowi nie wolno patrzeć bezczynnie na lenistwo podopiecznych i marnowanie przez nich ich potencjału. Czy jednak odpytywanie musi być aż tak stresujące? Czy można jakoś ulżyć uczniom w ich codziennej niedoli? Można i trzeba. Szkolne statuty przewidują odpytywanie z trzech ostatnio przerobionych lekcji. Jest też zasada kilku “nieprzygotowań”, które zwalniają z obowiązku wyjścia do odpowiedzi. Ja dodałem jeszcze jeden element w postaci tzw. “koła ratunkowego”. Polega to na tym, że raz, w semestrze, uczeń może odpowiadać nie z trzech ostatnich lekcji z podręcznika, ale z działu o historii w Kanonie. Od początku do ostatnio przerobionego tematu. Przykładowo, uczeń klasy szóstej na początku roku szkolnego odpowiada z periodyzacji, prehistorii, starożytności, średniowiecza, dynastii Piastów i Jagiellonów. W sumie są to trzy strony wiedzy w Kanonie, które pokrywają się z materiałem przerabianym w klasie czwartej i piątej. Natomiast uczeń klasy siódmej, jeśli chce skorzystać z ”koła ratunkowego”, musi mieć perfekcyjnie opanowaną wiedzę z historii Polski i świata do wybuchu I wojny światowej (5 stron). Początkowo myślałem, że tylko najlepsi będą decydować się na tę alternatywę dla pytań z podręcznika. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że prawie wszyscy uczniowie wykorzystali tę możliwość w pierwszej kolejności. 

Zastanawiałem się z czego to wynika. Przecież wiedzy w Kanonie jest wielokrotnie więcej niż tej mieszczącej się w trzech ostatnio przerobionych tematach. A jednak uczniowie preferują wiedzę obszerniejszą, ale już znaną, utrwaloną, oswojoną. Niebagatelne znacznie ma też to, że od klasy czwartej moi uczniowie są z Kanonem za pan brat i rzeczywiście jego część poświęconą historii na początku każdych zajęć powtarzają. Zasada odpytywania z trzech ostatnich lekcji powoduje nieustanną rotację, co trzy tematy kompletnie zmienia się zakres materiału, który trzeba opanować, żeby dostać dobrą ocenę z odpowiedzi. W dodatku dla wielu uczniów tekst z podręcznika jest za trudny i zwyczajnie nie rozumieją wszystkiego. “Koło ratunkowe” jest elementem lekcji, który nie tylko zachęca do dobrowolnego powtarzania wiedzy z poprzednich lat, ale też zmniejsza stres i daje poczucie bezpieczeństwa. 

6.

Zachęcam do zapoznania się z innowacją, którą nazywam “sprawdzianami kumulowanymi”. Zaznaczam, iż ciężko będzie cokolwiek zrozumieć, jeśli nie znamy dokładnie budowy Małego Kanonu Maturus, a w szczególności działu historycznego, gdyż tego przedmiotu uczę i na jego przykładzie będę pokazywał jak to wszystko działa. Do nauczycieli będzie już należało ewentualne przystosowanie pokazanych rozwiązań do specyfiki innych przedmiotów. Moja innowacja nie wchodzi nauczycielom z butami w ich sprawdzone metody nauczania:

  • ogranicza zasadę 3z, a zamiast wkuwania, promuje utrwalanie wiedzy i systematyczne jej kumulowanie w pamięci długotrwałej,
  • nie wymaga żadnych rewolucyjnych zmian w pracy nauczyciela czy szkoły,
  • nie kosztuje więcej niż wydruk kilkudziesięciu stron ksero,
  • może obejmować całą klasę, część lub pojedynczych uczniów, bez żadnych dodatkowych komplikacji dla kogokolwiek,
  • można ją w dowolnej chwili wdrożyć i równie łatwo z niej zrezygnować, zarówno ze strony nauczycieli jak i uczniów,
  • jest elastyczna, każdy nauczyciel może ją bez trudu dostosować siłę jej oddziaływania na uczniów, wedle własnych doświadczeń.

 Mówiąc krótko, prowadzimy lekcje tak jak do tej pory, z tylko jednym dodatkiem – dotychczasowe sprawdziany uzupełniamy o kilka lub kilkanaście pytań z odpowiedniej części Kanonu. Zapraszam do lektury - innowacja “sprawdziany kumulowane”.

7.

Połączenie matury z dyplomem Maturusa będzie wspaniałym ukoronowaniem ciężkiej pracy naszej i uczniów oraz świadectwem pierwszorzędnego przygotowania merytorycznego do studiowania praktycznie na każdym kierunku. Wieloletni udział w Konkursie to pewna rękojmia ponadprzeciętnej siły charakteru, umiejętności planowania nauki, wytrwałości w realizacji dalekosiężnych celów, zdolności odparcia licznych pokus, perspektywicznego myślenia, pracowitości, systematyczności, odpowiedzialności, zdrowej ambicji oraz intelektualnej dojrzałości.

Złoty dyplom Maturusa, zdobyty na koniec szkoły średniej, to niebagatelne wyróżnienie się z grona maturzystów uzbrojonych w osłabione inflacją świadectwo dojrzałości.