Zrehabilitujmy erudycję

OPIS PROBLEMU

Wielu nauczycieli, rodziców i wykładowców obserwuje w ostatnich dekadach bardzo niepokojącą tendencję spadku poziomu wykształcenia. Jednocześnie słychać coraz częściej o zbyt wysokich wymaganiach stawianych uczniom przez nauczycieli. Mówi się, że jest za dużo lekcji, lektur, wypracowań, prac domowych. Jest to swoisty paradoks, że coraz bardziej wymagające i coraz lepiej wyposażone szkoły wypuszczają coraz słabiej wykształconych podopiecznych. Część z nich idzie na studia, gdzie również dostrzega się znaczący spadek jakości wykształcenia kolejnych pokoleń. Niejeden wykładowca akademicki z żalem konstatuje, iż obecne roczniki studentów są merytorycznie słabiej przygotowane do studiowania niż pokolenia z XX wieku. Niektóre uczelnie organizują specjalne kursy uzupełniające dla studentów pierwszego roku, by rozumieli wykłady. A przecież na studia wybiera się ta bardziej uzdolniona i zmotywowana do samokształcenia część młodzieży. Wielu studentów pociesza się, iż wystarczy im biegłość w wybranej przez nich wąskiej specjalizacji. Wydają się nie rozumieć na czym polega bycie częścią tak zwanej inteligencji. Warstwa ta nie może składać się wyłącznie z wyspecjalizowanych fachowców, których znawstwo ogranicza się jedynie do wyuczonej na studiach profesji. Nie wolno nam uznać społeczeństwa za mechanizm niepotrzebujący niczego poza sprawnymi trybikami wykonującymi ściśle określone funkcje bez rozumienia sensu całości. A tegoż sensu nie zrozumie człowiek bez solidnego i wszechstronnego wykształcenia.

„Studenci są coraz głupsi? Czy to szkoła nie daje rady?”

Artykuł pod takim tytułem autorstwa Andrzeja Krajewskiego ukazał się w 2011 roku w tygodniku Newsweek. Oto krótki fragment: Ostatnio podczas zajęć na pytanie, co wykopano pod Mont Blanc, studenci po namyśle odpowiadali, że kanał – mówi prof. Marcin Kula, wykładowca elitarnej Akademii Leona Koźmińskiego oraz Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Podobnie jak wielu innych nauczycieli akademickich zauważa, że po reformie systemu oświaty realizowanej od 1999 roku poziom wiedzy, a także umiejętności młodych ludzi drastycznie się obniżył. – Nie przyswajają nawet informacji powszechnie dostępnych w mediach – analizuje prof. Kula. – Ostatnio studentka, na szczęście nie historii, usytuowała wyprawy krzyżowe w 1865 roku, zaskakując mnie tą dokładnością! – wspomina. – Budowę muru berlińskiego również datowała na XIX wiek. Ale niezależnie od tego, jakie bzdury student wypisuje podczas testów lub mówi na egzaminach, to i tak otrzyma dyplom. Dzięki temu szkolnictwo wyższe stało się jedną z najszybciej rozwijających się branż polskiej gospodarki. […] W Polsce brakuje przekonania, że dobra edukacja kosztuje – zauważa prof. Zbigniew Mikołejko. – Stworzył się mit, że wykształcenie należy się jak psu zupa, który nie ma nic wspólnego z edukacją. Studenci coraz częściej ulegają kulturze lenistwa i wręcz żądają obniżenia wymagań. Stąd uczelnia sprowadza się do automatu do wydawania dyplomów – dodaje.

W tym samym roku 13 czerwca w “Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł Adama Leszczyńskiego pod tytułem: “Tresowanie inteligenta”. Czytamy w nim takie oto historie: Studenci profesora Marcina Kuli, historyka z Uniwersytetu Warszawskiego, kończyli pisać kolokwium z historii najnowszej. – Grupa była na tyle liczna, że nie mogłem nikogo znać osobiście” – wspomina prof. Kula. „Po oddaniu swojej kartki student zapytał mnie: „Panie profesorze, mnie męczy: kiedy był ten Katyń?”. […] 

Ćwiczenia z antropologii kulturowej na jednym z największych uniwersytetów (tym razem nie w Warszawie). Mówi Marta, prowadząca zajęcia: – Przyzwyczaiłam się już, że w 30-osobowej grupie nikt nie potrafi znaleźć północy na mapie, a kiedy ktoś powie, że Inkowie mieszkali w Chinach, nikt go nie poprawi. […] Inny warszawski historyk opowiada: – Prowadzę wykład dla studentów trzeciego roku historii. Mówię o opozycji demokratycznej. Pytam, czy ktoś słyszał o KOR. Rękę podnosi jedna osoba. To nie Wyższa Szkoła Gotowania na Gazie! To Wydział Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego!

– Co wtedy robisz? – pytam.

– Zaciskam zęby i tłumaczę.

Za taką niewiedzą stoi coś głębszego niż niewydolna szkoła: rozsypanie wspólnego uniwersum lektur i symboli, które kiedyś definiowały inteligenta i pozwalały mu się porozumieć z innym człowiekiem ze swojej warstwy. Wykładowcy trudno się odwołać do wspólnych lektur – poza szkolnym kanonem dosłownie kilku książek – bo wie, że w grupie pojmą to może dwie osoby.

Kiedy słyszę opowieści o studentach, którzy nie potrafią znaleźć północy na mapie, przypomina mi się mój powinowaty – 17-letni, bardzo bystry chłopiec z prawniczo-lekarskiej rodziny, który już pilnie uczy się do matury (też chce zostać lekarzem, a wie, że konkurencja będzie ostra). Pracuje bardzo dużo: ma różne zajęcia dodatkowe, kółka. Prawie nie chodzi na imprezy i dzielnie zakuwa weekendy. Chodzi do bardzo dobrej warszawskiej szkoły. I ten miły, zdobywający same szóstki młody człowiek nie potrafi znaleźć na mapie Paryża. Wie dużo różnych rzeczy, oczywiście. Ale ma równocześnie zadziwiające luki w sprawach, które kiedyś uchodziły za elementarz.

Taka niewiedza – słyszę od znajomych nauczycieli akademickich – już nie kompromituje. Nie jest obciachem. Jeżeli zgred (niech będzie, że 30-letni) zdumiewa się, że student nie wie, gdzie jest Paryż – młody człowiek najczęściej nie rozumie, o co chodzi.

Bardzo wartościowy tekst dr Artura Góreckiego pt.: „Młodzi niedokształceni” zamieścił w 2010 r. „Nasz Dziennik”: Nie jest prawdą, że współczesny człowiek, mający łatwy dostęp do różnorodnych źródeł informacji, nie potrzebuje wiedzy. Przeciwnie, aby móc w sposób świadomy postrzegać rzeczywistość, potrzebna jest przynajmniej podstawowa ogólna wiedza na temat różnych obszarów jej funkcjonowania. Zbyt wczesna specjalizacja nie służy gruntownemu wykształceniu ogólnemu. Najlepiej widać owe deficyty na studiach, kiedy częstokroć nie można odwołać się do podstawowych faktów, które winny stanowić składową wykształcenia ogólnego. Studenci mają np. problemy z odróżnieniem Karola Wielkiego od Kazimierza Wielkiego, Stanisława Augusta Poniatowskiego od Zygmunta Augusta. Jeśli widzimy ewidentną degradację intelektualną młodego pokolenia, nie powinien nas cieszyć fakt, że tak spory procent młodych ludzi idzie na studia. Duża ich część nigdy nie powinna przekroczyć progów wyższej uczelni.

Wiele do myślenia daje też fragment artykułu „Wiedzoodporni. Polskie uczelnie produkują analfabetów” Marty Krzysków zamieszczony na portalu e-Magnes.pl:  Rozmowa z doktorem pracującym w Instytucie Filologii Polskiej jednego z polskich uniwersytetów wprawiła mnie w osłupienie. W jego opinii połowa studentów, którzy znaleźli się na pierwszym roku nie powinna mieć matury. Większość nie potrafiła napisać dłuższego tekstu, w którym byłby zachowany porządek przyczynowo skutkowy ani stworzyć spójnej wypowiedzi ustnej. Wśród przyszłych polonistów był też całkiem niemały odsetek takich, którzy mieli problemy z tak elementarnymi umiejętnościami jak poprawne stosowanie końcówek gramatycznych czy skonstruowanie zdania złożonego. I wszystko to na kierunku, na którym język jest poniekąd narzędziem pracy. Mój rozmówca przyznał też, że corocznie na ok. 20 prac końcoworocznych przypada ok. 4-5 w całości(!) skopiowanych z internetu ze stron typu ściąga.pl.

Przedstawione powyżej spostrzeżenia stanowią powszechne doświadczenie pracowników oświaty. W mojej praktyce zawodowej miałem możliwość diagnozować wiedzę historyczną uczniów na początku gimnazjum oraz liceum. Ich wiedza historyczna wyniesiona z poprzedniej szkoły była znikoma. Przepytując pierwsze klasy szkół ponadpodstawowych z jakiegokolwiek, nawet najbardziej banalnego zagadnienia historycznego, nigdy, ale to nigdy nie spotkałem się z sytuacją, żeby wszyscy albo chociaż większość miała o nim w jakiekolwiek pojęcie. Obojętnie co by to było, starożytna Grecja, krucjaty, odkrycia geograficzne, epoka napoleońska, wojna secesyjna, wojny światowe, komunizm, nazizm, o cokolwiek zapytałem, zgłaszała się garstka pasjonatów, a reszta wzruszała ramionami i nie umiała kompletnie nic powiedzieć na dany temat. Ta sytuacja powtarza się notorycznie i w każdej klasie. Większość nie pamięta żadnej daty, nazwiska, pojęcia, przyczyny czy skutku. Jak w takich warunkach uczyć licealistów na poziomie licealnym? Jak pogłębiać znajomość historii bez elementarnej wiedzy, która powinna być wyniesiona z podstawówki. Tak nie da się normalnie pracować. Większość lekcji historii w liceach to zwyczajna powtórka z podstawówki, może na troszeczkę wyższym poziomie. Niestety w ostatecznym rozrachunku równie nieskuteczna, co widać po wiedzy studentów. Trudno się dziwić narzekaniom wykładowców, że kolejne narybki przychodzą z mocno wybrakowaną wiedzą. Do czego mają się odwołać, do jakich postaci historycznych czy literackich, skoro nigdy nie można mieć pewności, że słuchacze zrozumieją przykłady oraz aluzje? Jak zbudować merytoryczny i dogłębny wykład nie mając swobody w używaniu trudnych pojęć, bo po spojrzeniach i gestach od razu widać, że część audytorium pierwszy raz słyszy ten czy inny termin? Ten problem istnieje, jest poważny i niestety dotyka naszej przyszłej inteligencji, z której rekrutują się najwyższe elity narodu. 

Kiedyś pewien rodzic podzielił się ze mną taką oto uwagą: „co wy tam robicie na tych lekcjach historii, że te dzieci uczą się i uczą, a ciągle nic nie umieją? Mój syn ma za sobą kilka lat nauki historii i o co bym go nie zapytał, to albo nie wie, albo tylko się domyśla i niczego nie jest pewien”. Niejeden nauczyciel odpowiedziałby, że to przesada, że przecież uczniowie coś umieją. Wszak szkoła to nie tylko wiedza. Niewątpliwie uczniowie zdobywają w szkole mnóstwo trudnych do zmierzenia umiejętności. Socjalizują się, obcują z kulturą, rozwijają umysłowo, duchowo, emocjonalnie i społecznie. Wiedza jest tylko jednym z wielu aspektów dobroczynnego oddziaływania szkoły. Niemniej trudno się dziwić, że to właśnie wiedza przez wielu jest szczególnie akcentowana. Ja również uważam ją za główny element wykształcenia. Co prawda uczeń kończący ósmą klasę umie z historii więcej niż uczeń zaczynający czwartą. Ale o ile więcej? Co konkretnego on umie? Niestety w zdecydowanej większości wypadków jest to bezładny zbiór pojedynczych faktów, które przydadzą się co najwyżej do rozwiązania kilku haseł w krzyżówce. A pamiętajmy, że ten mizerny efekt nie przyszedł za darmo.

 Wszyscy uczniowie szkół podstawowych mają lekcje historii przez 5 długich lat – od 4 do 8 klasy. W czwartej jest tylko jedna lekcja tygodniowo, czyli przynajmniej 30 w roku szkolnym. Od 5 do 8 klasy po dwie lekcje w tygodniu, czyli 60 rocznie. Zatem 30 + 4 x 60 daje minimum 270 lekcji od 4 do 8 klasy. 270 godzin lekcyjnych to ponad 200 godzin zegarowych. Trzeba jeszcze doliczyć mniej więcej drugie tyle czasu poświęconego na wykonanie prac domowych oraz przygotowanie się do odpowiedzi, kartkówek i sprawdzianów. Spokojnie możemy założyć, że na samą historię przeciętny uczeń poświęca w ciągu 5 lat około 400 godzin. A doliczmy do tego koszty wyposażenia ucznia w podręczniki, przybory i wszystko inne. Dodajmy koszty pracy nauczyciela, funkcjonowania administracji szkoły, konserwacji budynku, prądu, ogrzewania i wielu innych zasobów, które zostały zużyte. Doprawdy, czy to wszystko było warte finalnego efektu w postaci ucznia, który pamięta kiedy była bitwa pod Grunwaldem i wymienia garść innych przypadkowych danych bezładnie plątających się w zakamarkach pamięci i nie układających się w żadną logiczną całość? A co z ogromem przerobionego tak wysokim kosztem materiału? Słowo daję – przynajmniej 90% wiedzy zaliczonej na wszystkich sprawdzianach z historii od 4 do 8 klasy przepada bezpowrotnie. Po każdym roku szkolnym wiedza uczniów ulega prawie kompletnemu resetowi.

Mamy do czynienia z gigantycznym marnotrawstwem czasu i energii uczniów, pieniędzy rodziców, pracy nauczycieli oraz zasobów całego systemu edukacji.

Dlaczego tak się dzieje?

PRZYCZYNY PROBLEMU

O ile pedagodzy są zgodni co do tego, że poziom wykształcenia spada, o tyle co do przyczyn zdania są podzielone i bardzo różnorodne. Spotyka się następujące wyjaśnienia: złe programy nauczania, nieciekawe i niezrozumiałe podręczniki, ciągłe reformowanie systemu edukacji, zbyt duża ilość testów, przez co młodzi uczą się odgadywania klucza, śmiesznie niski 30-procentowy próg zaliczenia matury, bardzo niskie wymagania dostania się na studia i inflacja magistrów, przeładowanie programów nauczania niepotrzebnymi treściami, przeciążenie uczniów zbyt licznymi pracami domowymi.

Te zastrzeżenia do systemu polskiego szkolnictwa pojawiają się często i z pewnością zasługują na głęboką analizę. Chciałbym jednak w tym miejscu zasygnalizować inne zjawisko, przez wielu pedagogów i rodziców nie dostrzegane, przez innych uznawane za nieuniknione, a przez niektórych wręcz aprobowane.

Zasada 3z, czyli „zakuć, zdać, zapomnieć”.

Oto jak wygląda jej działanie w praktyce. Wyobraźmy sobie zwyczajny podręcznik historii do klasy piątej. W spisie treści widzimy przykładowo VIII działów, a w każdym z nich po kilka rozdziałów. Mijają dwa miesiące nauki i nauczyciel zapowiada sprawdzian nr 1 z działu I i II. Chociaż klasa ma dwa tygodnie na naukę, zdecydowana większość uczniów jedynie odnotowuje datę i czeka 13 dni nie robiąc w tej sprawie kompletnie nic. Wieczorem przed sądnym dniem tradycyjnie zakuwają do późnego wieczora. Po sprawdzianie większość wypuszcza powietrze z ulgą, po czym natychmiast rozpoczyna się proces opróżniania pamięci krótkotrwałej, brutalnie i ponad miarę zapełnionej informacjami poprzedniego wieczora. W ciągu kolejnych tygodni przerabiane są działy III i IV. Podczas drugiego sprawdzianu scenariusz pierwszego powtarza się co do joty. Jakiś czas po feriach zaliczony zostaje sprawdzian trzeci z działów V i VI, a tuż przed końcem roku odhaczamy sprawdzian czwarty z działów VII i VIII. Najistotniejszy w tym wszystkim jest fakt, iż na sprawdzianie drugim nie ma ani jednego pytania z materiału obowiązującego na sprawdzianie nr 1. Na sprawdzianie trzecim nie ma nic z pierwszego i drugiego, a na czwartym obowiązuje – jak łatwo się domyślić – wyłącznie materiał z działów VII i VIII. W czasie wakacji następuje wspomniany już armagedon wiedzy z takim trudem i kosztem przerabianej przez cały rok szkolny. Na początku kolejnego roku szkolnego w głowie ucznia mamy tylko garść przypadkowych informacji z poprzedniego. Jest za to nowy podręcznik i ten sam schemat działania – zakuć, zdać, zapomnieć.

Nie następuje proces konsekwentnego kumulowania wiedzy!

Mamy za to proces konsekwentnego zapominania miażdżącej większości informacji, które uczniowie już mieli w głowie. To nie koniec negatywnych konsekwencji zasady 3z. Brak solidnie przyswojonego materiału w głowach absolwentów podstawówek niebywale obniża wartość merytoryczną nauczania w szkole średniej. Nauczyciele widząc rażące braki, zamiast pogłębiać wiedzę i umiejętności uczniów, muszą znaczną część czasu poświęcać na powtarzanie tego, co już dawno powinni znać. Niestety są też i tacy nauczyciele, którzy ignorują fakt nieznajomości podstaw i prowadzą lekcje na poziomie właściwym dla szkoły średniej. Skutki są fatalne. Uczniowie niewiele rozumiejąc, skupiają się wyłącznie na rozwijaniu jednej umiejętności – jak znośnie zaliczyć najbliższy sprawdzian wkładając w to możliwie najmniej wysiłku. Schemat 3z powtarza się co do joty. Na szczęście nie u wszystkich. Jakiś odsetek młodzieży dojrzewając zaczyna rozumieć, że solidne wykształcenie jest im potrzebne w życiu, ale nawet ci rozsądni nagminnie popełniają błąd niedoceniania wagi wszechstronnego wykształcenia. Znajdują po prostu swojego konika i tylko w niego inwestują energię. Chyba wszyscy nauczyciele szkół średnich doświadczyli lekceważenia ich przedmiotu przez uczniów, którzy upatrzyli sobie inny kierunek edukacji. W przypadku mojego przedmiotu skutki są opłakane, gdyż większość uczniów szkół średnich nie wiąże swojej przyszłości z historią, prawem czy politologią. To co było w podstawówce zapomnieli, a to co było w liceum lub technikum wyłącznie liznęli w stopniu niezbędnym do zaliczenia. I tak przynajmniej 90% młodych, rok w rok wchodzi w dorosłość ze szczątką wiedzą o przeszłości. A wszystko przez to, że szkoła poniekąd afirmuje zasadę 3z. Tak przynajmniej to wygląda w przypadku historii.

Wiele osób lekceważy pierwsze etapy edukacji – przedszkole i nauczanie początkowe. Myślą sobie, że to dziecinada, takie tam łatwe i oczywiste umiejętności, jak używanie nożyczek, klejenie, śpiewanie, malowanie, układanie, rytmika, poprawna wymowa itp. Ja podziwiam pracę nauczycielek z przedszkola i klas 1-3. Wykonują kawał wspaniałej roboty, gdyż nie tylko zapoznają uczniów z porami roku, warzywami, owocami, gatunkami zwierząt, literami, tradycjami, wierszykami, tabliczką mnożenia, zasadami ruchu drogowego i tysiącami innych ważnych dziedzin wiedzy, ale uczą tego skutecznie. To czego ich podopieczni nauczyli się od nich, pamiętają również jako dorośli i to do końca życia. Żadna godzina spędzona z tymi niesamowitymi siłaczami nie jest zmarnowana. To jest prawdziwa miara sukcesu!

Nieważne ile uczeń zaliczy sprawdzianów i na jakie oceny – liczy się to, ile z tego co zdobył w szkole będzie mu służyło w dorosłym życiu. 

Zazdroszczę koleżankom i kolegom uczącym języka angielskiego. Gdy przerobią liczebniki, kolory, albo nieregularne formy czasowników, to uczniowie mają obowiązek je znać w kolejnych latach edukacji. Nikt nie wykręci się tłumaczeniem, że zaliczył te tematy kilka lat wcześniej, więc nie musi znać słowa four, red albo winter. Jeśli na sprawdzianie z geografii dzieci zaliczą znajomość kontynentów, to nikt nie powie, że od tej pory nie muszą już znać ich nazw. Albo matematyka – czy ktoś ma pretensje, że przez kolejne lata wymagana jest znajomość tabliczki mnożenia, choć została zaliczona w klasie 3? Najlepiej zaś mają w-fiści. Oni przecież wymagają od podopiecznych wszystkich umiejętności, których ich nauczyli w poprzednich latach. I właśnie dzięki temu rodzice, którzy widzieli swoje dziecko w 4 klasie, jak niezbyt zręcznie odbijało i łapało piłkę, w 8 mogą podziwiać jak wspaniale gra i wygrywa ze swoją drużyną niejeden mecz. Popatrzmy czasem na trening dzieciaczków z pierwszych klas i porównajmy z tym co wyczyniają na boisku już jako nastolatkowie, to przekonamy się jak wielka siła tkwi w mechanizmie utrwalania i kumulowania zdobywanych rok po roku zdolności. 

A co mam powiedzieć w sprawie mojego przedmiotu? W przypadku historii utarło się przekonanie, że każdy uczeń ma prawo zapomnieć 100% tego, co zostało raz zaliczone. W klasie piątej nie mam prawa wymagać niczego z klasy czwartej, a w szóstej mogę odwoływać się do wiedzy wyłącznie z klasy szóstej, bo piąta to już… nomen omen historia. Wielokrotnie próbowałem przebić się z moimi argumentami, ale zawsze odpowiedź była jedna: “Nie ma pan prawa wymagać od mojego dziecka wiedzy, którą już raz zaliczył i koniec.” I dlatego w ósmej klasie rzadko który uczeń pamięta cokolwiek ze starożytności czy piastowskiej Polski. A po wakacjach zapomni także to, co przerabiał w klasie ósmej, bo przez pięć lat tego właśnie został nauczony – zakuć, zdać i zapomnieć. 

A może niepotrzebnie się czepiam i martwię? 

Może to, co dziś absolwenci podstawówek umieją w zupełności wystarcza? 

Może to, co widzimy w programach “Matura to bzdura” nam nie przeszkadza?

Może ta dysproporcja między kosztami, a końcowym efektem jest dopuszczalna? 

???

Dla mnie nie. 

Odkąd jestem nauczycielem nie mogę pogodzić się z tym skandalicznym marnotrawstwem. Czuje się jak majster, który dostał zlecenie zbudowania w ciągu pięciu lat, pięciu drewnianych domów. W pocie czoła wzniósł pierwszy z nich, ale zabroniono mu zrobić dachu. Nie wolno mu też było użyć jakiegokolwiek impregnatu do drewna ani wstawić okien – miał wszystko zostawić w stanie surowym. Budując obok na takich samych warunkach drugi dom, musiał przyglądać się jak dzieło jego rąk niszczeje, jak niezabezpieczona, nieogrzewana, zamokła konstrukcja pleśnieje, próchnieje i na jego oczach pada łupem robactwa. A w trzecim roku ma patrzeć jak ten sam los spotyka to, co co zbudował w drugim. Ma budować ten trzeci dom ze świadomością, że będzie niebawem oglądał i jego ruinę. Tyle dobrego drewna, gwoździ, roboczogodzin i innych zasobów jest wyrzucanych w błoto, podczas gdy każdy z tych domów mogłyby służyć długie dekady, gdyby dopełnić kilku prostych warunków. O tych warunkach będę teraz pisał, bo ja już nie mogę patrzeć na te biedne dzieci, które tyle prawdziwego i szczerego wysiłku wkładają w przygotowywanie się do kolejnych sprawdzianów. A ja potem prawie że na własne oczy widzę jak ta wiedza z ich głów wyparowuje. Jak ich praca idzie niemal w całości na marne, bo nie ma mechanizmu utrwalania wiedzy. Moje wysiłki spotyka ten sam los. To jest przykre, niewypowiedzianie przykre. Bo podobnie jak większość moich koleżanek i kolegów, nie traktuję swojej pracy wyłącznie jako źródła utrzymania. 

W zawodzie nauczyciela nie chodzi o to, by przyjść, zrobić swoje i wyjść. Chcemy, aby dzieci weszły w dorosłość solidnie do niej przygotowane. Wiedza raz zdobyta i zaliczona na sprawdzianie, winna być dalej utrwalana i kumulowana, konsekwentnie i metodycznie. 

Chodzi o to, by umysł miał w przyszłości możliwość obrabiać zgromadzony materiał – przetwarzać, porównywać, analizować, syntetyzować, wnioskować, szukać mechanizmów, prawidłowości, związków przyczynowo-skutkowych i analogii. Na tym właśnie polega myślenie. Moim celem jest uczeń, który opuszczając szkołę podstawową ma gruntownie przyswojony zasób wiedzy służącej mu do końca życia. Jeśli rozpocznie pracę zawodową, będzie miał dzięki temu podstawowe zasoby naszego kodu kulturowego i dobre podglebie do samokształcenia w czasie wolnym. Jeśli zaś będzie kształcił się dalej, ta elementarna erudycja będzie kapitalnym fundamentem, na którym kolejni nauczyciele będą mogli kontynuować budowę gmachu edukacji, a nie rozpoczynać wszystko od nowa, jak to ma miejsce obecnie. Kto nie wierzy, że to jest możliwe, kto uważa, że smartfon wystarczy, komu obecna wiedza młodzieży wystarcza i nie widzi potrzeby walki o coś więcej – nie ma sensu by dalej czytał.

ROZWIĄZANIE PROBLEMU – ERUDYCJA

Erudyta to człowiek, który dzięki wytrwałej pracy nas sobą, wieloletnim wyrzeczeniom, czytaniu literatury wszelakiej i mozolnemu wkuwaniu, posiadł ogromny bagaż wiedzy encyklopedycznej, jest zorientowany w wielu dziedzinach i zasługuje na miano człowieka renesansu. Przez tysiące lat erudycja uchodziła za jedną z fundamentalnych cnót człowieka myślącego, a im większą erudycję ktoś posiadał, tym bardziej błyszczał wśród ludzi obytych, gdyż do dobrego tonu należało znać liczne wiersze, utwory muzyczne, sentencje łacińskie, państwa, stolice, rzeki, góry, wyspy, wydarzenia historyczne, daty, wynalazki, sojusze, wojny, bitwy, bohaterów mitycznych i prawdziwych, postacie historyczne i literackie, symbole, pojęcia, skróty, obrazy, rzeźby, budowle, przysłowia, zabytki, style, epoki itp. itd. To wszystko było świadectwem tego, że mamy do czynienia z człowiekiem “na poziomie”, o szerokich horyzontach myślowych, z którym można porozmawiać praktycznie na każdy temat i wiele się od niego dowiedzieć, nauczyć. Dziś erudyci również cieszą się w społeczeństwie estymą, zwycięzcy takich teleturniejów jak „Jeden z dziesięciu” budzą podziw, ale ów podziw nie przekłada się ani na naśladowanie ani nawet na zachęcanie do tego młodych. Dlaczego?

Pod koniec XX wieku nastąpiła tzw. rewolucja informatyczna. Komputery trafiły pod strzechy, pojawił się Internet, a wraz z nim niemal nieograniczone możliwości zdobywania wiedzy. Wikipedia, Wujek Google i wiele portali pełnych danych dostępnych na jedno kliknięcie. Społeczeństwo zapałało zachwytem nad możliwościami nowoczesnej technologii i wysnuło wniosek, że skoro dostęp do informacji jest taki łatwy, to nie trzeba już – tak jak kiedyś – uczyć się na pamięć. Wykształcenie się obniża z powodu nowej mentalności ludzi XXI wieku, która zdeprecjonowała potęgę wiedzy encyklopedycznej i lekceważy naukę pamięciową.

Uznano, że gadżet z dostępem do Internetu może zastąpić ludzką pamięć.

Wiedza, która przez tysiące lat dawała prestiż, świadczyła o wewnętrznej sile, samozaparciu, charakterze, otwartości umysłu, nobilitowała równie skutecznie co szlachetne pochodzenie, nagle stała się zbędnym balastem. Od dorosłych tym brakiem szacunku dla erudycji zaraziły się dzieci i po raz pierwszy w historii ludzkości ignorancja zyskała alibi, list żelazny, usprawiedliwienie zwalniające z wszystkiego. To nie jedyna ale moim skromnym zdaniem główna przyczyna spadku wykształcenia całych pokoleń młodzieży i studentów.

Dopóki w oczach opinii publicznej erudycja nie odzyska należnego jej miejsca, żadne reformy edukacji niczego nie poprawią. Należy zatem ją zrehabilitować, przywrócić jej szacunek i należne miejsce w edukacji. W tym celu trzeba sfalsyfikować wszystkie mity narosłe na temat rzekomej wyższości ignoranta ze smartfonem nad erudytą pogardliwie określanym mianem kujona. Trzeba obalić te mity jeden po drugim. W tej części zamierzam dać szereg argumentów przeciwko tezie, że smartfon może zastąpić trwale przyswojoną wiedzę encyklopedyczną. Będę starał się też przekonywać do wytrwałej nauki pamięciowej jako jednego z najważniejszych elementów dobra zwanego solidnym wykształceniem.

Mit nr 1

Erudycja jest niepotrzebna, bo jednym kliknięciem znajdziemy każdą informację.

          Nieprawda. Każda informacja znajdująca się w Internecie wymaga wpisania pytania do wyszukiwarki, zatem żadnej informacji nie znajdziemy za pomocą jednego kliknięcia. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to tylko skrót myślowy. Autor cytatu chce powiedzieć, że każdą informację znajdziemy obecnie znacznie szybciej niż wtedy, gdy byliśmy skazani na wędrówki do biblioteki, szukanie odpowiednich ksiąg i wertowanie tysięcy stron. Warto jednak zaznaczyć, iż szybciej nie oznacza szybko. Pojęcie szybkości jest względne. Wyszkolone palce wyszukają datę kampanii Napoleona przeciwko Rosji w ciągu mniej więcej 10 sekund, ale erudyta poda odpowiedź w ciągu pół sekundy, czyli 20 razy szybciej. Erudycja w najmniejszym stopniu nie przeszkadza w korzystaniu ze smartfona. Zatem w konkurencji z podawania odpowiedzi na proste pytania, w której ignorant i erudyta mieliby Internet, erudyta zawsze wygra, bo poza dostępem do serwerów ma najszybszy możliwy serwer w postaci własnej pamięci. Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie studenta nieustannie wertującego w tracie wykładu słowniki internetowe, gdyż profesor co chwilę używa jakiegoś trudnego pojęcia, nazwy geograficznej, postaci historycznej czy aluzji do znanego wiersza? Abstrahując od komizmu takiego widoku zadajmy sobie proste, praktyczne pytanie – czy on nadąży? Tylko pamięć napełniona wszechstronną wiedzą umożliwia zrozumienie wykładu erudyty. Ujmując to zagadnienie obrazowo, można przyrównać nasze życie do jazdy samochodem, a wiedzę do znajomości znaków. Czy wypuścimy na drogę kogoś, kto umie jeździć, ale nie ma wkutych znaków? Nie. Czemu nie? Przecież każdy znak można znaleźć szybko w Internecie. A jednak w warunkach drogowych niewystarczająco szybko. Tak samo jest w życiu – czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. Nawet najnowocześniejsza technologia nie dorówna naszej własnej pamięci.

Obalmy mit nr 1 w jeszcze inny sposób. Pytania wpisane w wyszukiwarkę przez naszego uzbrojonego w smartfon ignoranta mogą być proste, dotyczyć daty, osoby, pojedynczego faktu, ale mogą też być złożone, przekrojowe. Ile czasu zajmie mu wyszukanie przyczyn wojen napoleońskich, przygotowanie się do pogawędki na temat skutków I wojny światowej, albo do dyskusji na temat dziedzictwa starożytności w XXI wieku? Erudyta w ciągu kilku sekund ułoży sobie schemat wypowiedzi i może zaczynać. Niedouczony internauta będzie musiał przynajmniej godzinę poczytać by cokolwiek zrozumieć i być gotowym do jako tako logicznej wypowiedzi. Zatem erudyta jest w takiej konkurencji mniej więcej 500 razy szybszy. Trzeba mieć też świadomość, że erudycja to coś więcej niż suma zapamiętanych faktów. To rozumienie całych procesów historycznych, przyrodniczych, ekonomicznych, kulturowych, społecznych itd. Tego zrozumienia wypracowanego w trakcie wieloletniej, wytrwałej nauki nie da się nadrobić choćby najszybszym światłowodem. Zachłystywanie się szybkością wyszukiwania prostych danych jest emocjonalnym odruchem prowadzącym do fałszywego mniemania, iż człowiek z wielką wiedzą, ma tylko wielką wiedzę. To wręcz dziecinne nieporozumienie. Wielka wiedza rozumnie wyuczona daje szerokie i dogłębne zrozumienie świata, rozeznanie w wielu skomplikowanych procesach, o których ignorant nie ma bladego pojęcia. I nie będzie miał, bez względu na to jak nowoczesnego smartfona sobie kupi.

Mit nr 2

W Internecie znajdziemy wszystko, cokolwiek nas zainteresuje i będziemy to mieli bez wieloletniej nauki.

Nieprawda. W Internecie nie ma wszystkiego. Większość to pobieżne artykuły, amatorskie domysły, powielane mity, celowe kłamstwa, opłacona dezinformacja, marketing, spam, trolling i pospolity szum medialny. Rzetelnych, sprawdzonych i wyczerpujących treści jest bardzo mało, a nawet to co jest, często znajduje się na odległych miejscach wśród setek tysięcy wyskakujących w wyszukiwarkach pozycji.

Nie twierdzę, że Internet nie daje możliwości do nauki. Istnieją wszak takie miejsca jak encyklopedia PWN czy Britannica i wiele innych wartościowych stron. Pragnę zwrócić uwagę na proporcje tego, co wartościowe, do tego, co służy tylko rozrywce i pobudzaniu najniższych instynktów. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że treści pożyteczne są niewielkim ułamkiem całości. Natomiast ta bezwartościowa, a nawet szkodliwa reszta nie tylko jest dominująca, ale o wiele bardziej skuteczna w przyciąganiu uwagi młodych umysłów. Mam wrażenie, że kiedy rodzic wręcza dziecku pierwszego smartfona, wyobraża sobie, że jego pociecha widząc w czasie spaceru jakiś zabytek natychmiast sprawdzi w Internecie co to jest, kiedy powstało i dlaczego. I tak zrobi przy każdy napotykanym zabytku. Gdy oglądając telewizję zobacz migawkę z jakimiś sławnymi ludźmi, błyskawicznie wyszuka czego dokonali. I to samo za każdym razem. Przy innej zaś okazji słysząc dzieło muzyki klasycznej, w mgnieniu oka sięgnie do sieci by poznać autora. Dlaczego miałby tego nie zrobić, przecież może. Jego wspaniały smartfon daje tyle możliwości. Wszak nie musi już wkuwać, więc ma wiele czasu na samokształcenie z pomocą najnowszych zdobyczy techniki. Owszem, ów młody człowiek ma teraz w ręku genialne narzędzie do nauki, ale czy rzeczywiście do tego będzie go używał? Bądźmy szczerzy – taka wizja to fikcja.

Współczesna technologia daje doprawdy oszałamiające możliwości w dziedzinie edukacji, jednak rzeczywistość pokazuje, że nie wystarczy móc i umieć z niej korzystać, trzeba jeszcze chcieć. W praktyce życia codziennego przeciętny młody człowiek zajęty grą na swoim smartfonie, nawet jeśli spostrzeże, że przechodzi koło zabytku. Po prostu go minie, jak mija się szare bloki. Jeśli widząc w telewizji ważną postać historyczną lub słysząc znakomity, a nieznany mu utwór muzyki klasycznej, od razu nie skojarzy z czym ma do czynienia, wówczas zwyczajnie zignoruje to, czego nie rozpoznał i skupi uwagę na tych osobach i dźwiękach, które są mu znajome. Dlaczego tak się dzieje? Niech wyjaśni to fragment jednego ze znanych dzieł Ryszarda Kapuścińskiego: „Podróże z Herodotem”: „Ja też w pierwszym odruchu może uciekłbym z Indii i wrócił do domu, gdyby nie to, że miałem bilet powrotny na pływający wówczas między Gdańskiem i Bombajem statek pasażerski „Batory”, ale statek nie mógł przypłynąć, jako że w tym czasie prezydent Egiptu Gamal Naser znacjonalizował Kanał Sueski, na co Anglia i Francja odpowiedziały zbrojną interwencją. Wybuchła wojna, Kanał został zablokowany, „Batory” utknął gdzieś na Morzu Śródziemnym. W ten sposób, odcięty od kraju, zostałem skazany na Indie. Rzucony na głęboką wodę, nie chciałem jednak utonąć. Uznałem, że może mnie uratować tylko język. […] Zacząłem dzień i noc wkuwać słówka. Przykładałem do skroni zimny ręcznik, bo pękała mi głowa. […] Chodziłem po mieście, notując napisy na szyldach, nazwy towarów w sklepach, słowa zasłyszane na przystankach autobusowych. […] Pojąłem, że każdy świat ma własną tajemnicę i że dostęp do niej jest tylko na drodze poznania języka. Bez tego świat ów pozostanie dla nas nieprzenikniony i niepojęty, choćbyśmy spędzili w jego wnętrzu cale lata. Co więcej — zauważyłem związek między nazwaniem a istnieniem, bo stwierdzałem po powrocie do hotelu, że widziałem na mieście tylko to, co umiałem nazwać, że na przykład pamiętałem napotkaną akację, lecz już nie drzewo, które stało obok niej, ale którego nazwy nie znałem. Słowem, rozumiałem, że im więcej będę znał słów, tym bogatszy, pełniejszy i bardziej różnorodny świat otworzy się przede mną.”

Jakież ważne spostrzeżenie widzimy w dwóch ostatnich zdaniach tego cytatu! To, czego nie umiemy nazwać natychmiast, pomijamy tak jakby tego nie było. Życie ludzkie jest dynamiczne, w natłoku codziennych obowiązków i w pędzie coraz szybszej komunikacji, nawet uzbrojeni w najnowocześniejsze źródła wiedzy, nie mamy ani czasu ani chęci na bieżąco wyszukiwać nieznanych pojęć, obrazów, zabytków czy postaci. Wszystko to mknie i przemija, a w głowie zahacza się i zostaje tylko to, co w młodości nauczyliśmy się rozpoznawać natychmiast. 

Mit nr 3

Dzięki odrzuceniu nauki na pamięć możemy się skupić na nauce myślenia.

          Absolutny fałsz – nauka pamięciowa nie tylko nie przeszkadza w nauce myślenia, ale jest wręcz do myślenia niezbędna! Czym jest myślenie? Myślenie to przetwarzanie danych, porównywanie, analizowanie, syntetyzowanie, wnioskowanie, szukanie mechanizmów, prawidłowości, związków przyczynowo-skutkowych i analogii. Im więcej mamy danych, tym więcej kojarzymy i owocniej myślimy. Dlaczego? Ponieważ nasz mózg może przetwarzać tylko informacje zgromadzone w jego pamięci, a nie te potencjalnie dostępne za pośrednictwem Internetu. Im mniej ma danych, tym gorzej kojarzy, tym słabiej myśli. Bo o czym ma myśleć skoro dane do przetworzenia są na serwerach? Relację wiedzy do myślenia można trafnie pokazać przez porównanie do nauki języka obcego. Dzięki odrzuceniu mozolnej nauki słówek można się skupić na ćwiczeniu gramatyki. Trudno o większy nonsens, prawda? Nawet najwyższa biegłość w gramatyce nie umożliwi konwersacji, jeśli nie opanujemy kilku tysięcy słówek. Te słówka muszą być w naszej pamięci, a nie w smartfonie, bo tylko wtedy nasz mózg może myśleć jak je ułożyć. Myślenie jest jak budowanie, a erudycja jak zestaw klocków, im więcej tym lepiej, tym większą i ciekawszą budowlę zbudujemy. Wielkim błędem jest przeciwstawianie nauki pamięciowej, myśleniu – potrzebne jest jedno i drugie. Wymaganie od dziecka, by miało głowę pełną różnorodnych i wartościowych treści to poszerzanie jego horyzontów myślowych.

Myślenie ćwiczy się najlepiej wówczas, gdy ma się dużo tematów do przemyślenia. 

Obalimy teraz mit nr 3 podchodząc doń z innej strony. Znaną prawdą jest, iż natura nie znosi próżni. Jeśli nie napełnimy umysłu rzetelną wiedzą z historii, literatury, sztuki, geografii i innych ambitnych obszarów, wówczas zapełni się sama wszystkim co popadnie, głównie kulturą masową. I tylko takie treści mózg będzie przetwarzał, bo innych nie będzie miał do dyspozycji. Pozwolę sobie bardziej rozwinąć ten temat, bo jest tego warty. 

Kulturę dzieli się na dwa typy: masową (zwaną też popkulturą) oraz wysoką (zwaną też elitarną). Kultura masowa porusza treści banalne, a jej forma jest przystępna nawet dla ludzi bez wykształcenia. Przeważnie jest przyjemna i świetnie służy relaksowi, ale niekiedy bywa wulgarna by wzbudzać negatywne emocje i przyciągać uwagę. Kultura wysoka porusza treści ważne, zwraca uwagę na wartości takie jak patriotyzm, wiara, moralność, prawda, piękno itp. Pod względem formy przeważnie jest trudna w odbiorze, wymaga kompetencji kulturowych, czyli erudycji i doświadczenia, by zrozumieć jej przekaz. Wystrzega się środków prymitywnych i niegrzecznych, gdyż jest skierowana do odbiorcy z wyższym poziomem wrażliwości. Nie należę do ludzi potępiających an bloc kulturę masową i bezkrytycznie wywyższających elitarną. Sam jestem odbiorcą obu i uważam, że pełnią istotną funkcję w życiu każdego narodu – przy jednej można doskonale wypoczywać, a przy drugiej wzbogacić się duchowo. Ważne, by umieć z obu korzystać. Człowiek na poziomie, dojrzały i mądry, nie musi się wstydzić tego, że lubi popkulturę. Ale powinien mieć tak wyrobiony smak, by odczuwać autentyczną przyjemność również w kontakcie z kulturą wysoką. Nie jest dobrze, jeśli człowiek zamyka się wyłącznie w popkulturze, a obcowanie z czymś bardziej ambitnym nie sprawia mu żadnej radości.

Aby Polacy stali się mądrym i silnym narodem, musimy w dzieciach i młodzieży kształcić wrażliwość na wysoką kulturę, jej subtelność, głębię i mądrość. Jeśli przez całą młodość obcujemy tylko z grami, telewizją i kolorowymi gazetami, to w życiu będziemy skupiali uwagę przede wszystkim na postaciach z gier, telewizji i gazet. Będziemy też mówili, myśleli i zachowywali się tak jak one. Nie zwrócimy szczególnej uwagi na przepiękną katedrę i nie skojarzy nam się z niczym ulica Witolda Pileckiego, za to przykuje naszą uwagę reklama ze znanym aktorem albo brukowce drukujące tłustą czcionką głupstwa wypowiadane przez celebrytów. Przebogaty świat wysokiej kultury, sztuki, architektury, literatury, będziemy traktowali jako coś obcego, niezrozumiałego, nieciekawego, coś co najlepiej zignorować i wrócić do tego, co już znamy i lubimy, czyli do gier, telewizji i kolorowych gazetek. Człowiek uzależniony w ten sposób od kultury masowej, jest niezwykle podatny na wyrafinowane metody socjotechniczne oraz wszelkiej maści reklamy, manipulację i propagandę. Wolność nie polega tylko na tym, że możemy wybierać – trzeba jeszcze mieć w czym wybierać. Człowiek od dziecka obcujący wyłącznie z kulturą niskich lotów jest na nią skazany.

Nie chodzi o to by izolować od kultury masowej – ona była, jest i zawsze będzie elementem naszej rzeczywistości. Lubimy piosenki, które znamy. Chodzi o to, by piosenki kolejnych sezonowych gwiazdeczek nie były jedynymi dłuższymi tekstami, które młodzież zna na pamięć. Co z tego, że ktoś w przypływie ciekawości znajdzie w Internecie coś z kultury wysokiej, jeśli w młodości nie oswoił się z nią, nie poznał jej głębi, nie nauczył się jej rozumieć i smakować. Jeśli nie przywykł do tego, że w kontrakcie z kulturą wysoką poczucie satysfakcji przychodzi dopiero po dłuższym namyśle, po zrozumieniu sensu dzieła, po jakimś wysiłku intelektualnym, to przez całe życie każdy kontakt z nią będzie odpychający, za trudny, za mozolny i zniesmaczony pierwszym wrażeniem wróci do tego co szybkie, łatwe i od razu przyjemne. Jeśli młodzi solidnie przyswoją sobie chociaż część tej wysokiej kultury, jeśli na trwałe zagości w ich pamięci, to przez całe życie będzie im służyć. Będą mieli w czym wybierać, gdyż kultura wysoka stanie się autentyczną, a nie iluzoryczną alternatywną dla płytkiej popkultury.

Mit nr 4

Z większości uczniów nie będzie wielkich erudytów, więc zostawmy to garstce pasjonatów.

Erudycja nie jest jakimś ekstremalnym hobby w stylu skoków spadochronowych, przeznaczonym dla specyficznych zapaleńców, a kompletnie niepotrzebnym przeciętnemu zjadaczowi chleba. Najtrafniej można ją przyrównać do sportu jako takiego i wówczas zobaczymy jak bardzo fałszywy jest mit nr 4: „Z większości uczniów nie będzie mistrzów olimpijskich, więc zostawmy sport garstce pasjonatów”. Kto przy zdrowych zmysłach zgodziłby się, by lekcje w-f były zarezerwowane tylko dla uczniów z najlepszymi wynikami i sukcesami na zawodach? A co z pozostałymi 99 procentami? Może zamiast aktywności fizycznej będą uczyli się myślenia? Ludzie od wieków podziwiali wielkich sportowców, a jednocześnie sami ćwiczyli amatorsko. Na miarę swoich możliwości starali się naśladować tych najlepszych lub przynajmniej zachęcali do tego młodych.

Sport jest potrzebny, poprawia kondycję i ogólnie wzmacnia cały organizm, dlatego słusznym jest wymaganie od wszystkich młodych by na lekcje w-f regularnie uczęszczali. Stosunek ogółu społeczeństwa do erudycji przypomina dziś stosunek do skoków spadochronowych, a powinien być taki sam jak do aktywności sportowej. Każdy uczeń – poza wyjątkowymi przypadkami – ma obowiązek ćwiczyć na lekcjach w-f na miarę swoich możliwości, bo to go rozwija i wzmacnia zdrowie. Analogicznie każdy uczeń – poza wyjątkowymi przypadkami – powinien mieć obowiązek powiększać wiedzę na miarę swoich możliwości, bo to go rozwija i wzmacnia jego intelekt. Erudycja jest dla umysłu tym czym sport dla ciała. Nie wystarczy podziwiać wielkich erudytów w teleturniejach, ale wypada samemu praktykować tę wzniosłą dyscyplinę jaką jest ubogacanie umysłu coraz szerszą wiedzą na rozmaite tematy.

Mit nr 5

Erudycja wymaga wkuwania, a wkuwanie jest dla bezmyślnych.

Ten mit upada sam, kiedy tylko odkryjemy dwuznaczność słowa “wkuwanie”. W słowniku pojęcie “wkuwanie” oznacza nauczenie się czegoś na pamięć. Tylko tyle i aż tyle. To czynność normalna, dobra i rozwijająca. Wkucie określonej ilości informacji z jakiejś dziedziny jest praktycznie niezbędne by opanować daną profesję. By zostać prawnikiem trzeba wkuć mnóstwo procedur. By zostać lekarzem trzeba wkuć liczne nazwy różnych części organizmu. By zostać magazynierem, też trzeba wkuć, czyli nauczyć się na pamięć, tysięcy przedmiotów będących w asortymencie danej hurtowni. O ileż łatwiej ma w życiu człowiek, którego umysł potrafi szybko i bezbłędnie przyswajać duże ilości informacji. W fantastycznym filmie “Matrix” występuje motyw błyskawicznego transferu ogromnych baz danych z komputera bezpośrednio do mózgu człowieka i to w ciągu kilku sekund. Widz jest pod wrażeniem gdy to widzi pierwszy raz i każdy chyba przyzna, że gdyby udało się coś takiego wynaleźć w rzeczywistości, to byłoby niebywale praktyczne i użyteczne dla każdego. Póki co to tylko fantazja, ale czy to znaczy, że nie możemy rozwijać umiejętności, które mamy. Pamięć można rozwijać. Wymaganie od dzieci, by wkuwały duże ilości pożytecznych i przydatnych danych nie tylko poszerza ich horyzonty, ale i rozwija ich pamięć. Sprawia, że w przyszłości będą szybciej, łatwiej i skuteczniej się uczyły, czegokolwiek przyjdzie im się uczyć. Szybkie wkuwanie to niebywale praktyczna umiejętność i naprawdę warto ją mieć nawet jeśli część wiedzy wkutej dla jej wyćwiczenia uważamy za niepraktyczną.  

          Dd zawsze zdarzają się uczniowie tak chorobliwie ambitni, że uczą się niemal całego podręcznika na pamięć, byle mieć dobre oceny. Nic nie rozumieją, nie rozróżniają informacji ważnych od nieistotnych, ale dostają piątki, bo mają w pamięci jakby sfotografowaną każdą stronę. Koledzy często wyzywają ich od kujonów, a ów nawyk bezmyślnego uczenia się na pamięć otrzymał miano wkuwania. Lepiej by było, gdyby bezmyślna nauka na pamięć otrzymała swoje własne, oryginalne miano. Niestety uzus użył tego samego słowa i tak do neutralnej definicji słownikowej dodał jeszcze drugą, o wymowie jednoznacznie pejoratywnej – wkuwanie to bezmyślne uczenie się na pamięć, bez zrozumienia sensu. Tak widziane wkuwanie oczywiście należy kategorycznie odrzucić i nie mieszać z wkuwaniem słownikowym. Ale u wielu ludzi obie te definicje zlały się w dziwaczny konstrukt takiego oto kształtu: nauka na pamięć to wkuwanie, a wkuwanie to bezmyślna nauka na pamięć, a my nie chcemy, by nasze dzieci były bezmyślne, więc nie chcemy by czegokolwiek uczyły się na pamięć, zwłaszcza, że mają smartfony, więc nic im więcej nie potrzeba. Proszę wychwycić podstępny błąd logiczny w tym rozumowaniu i mit będzie pogrzebany.

          Świadomość tego, że pojęcie wkuwania ma dwie, zbliżone, ale jakościowo odmienne znaczenia jest tutaj kluczowa, bo jej brak może być bardzo szkodliwy. Pewnego razu syn powiedział mi, że mógłby mieć wyższe oceny, ale boi się, że zacznie uchodzić za kujona. Niestety z doświadczenia moich uczniów wynika to samo. Nie raz widziałem jak niezwykle inteligentnych i pilnych uczniów wyzywano od kujonów, bo grupka ćwierćinteligentów postanowiła się w ten sposób dowartościować. Czasami uczniowie z naprawdę wielkim potencjałem są w ten sposób zastraszani przez własną paczkę kolegów. Wolą się nie rozwijać, by nie odstawać za bardzo in plus od pospolitych leni. Tak działa równanie w dół. Dlatego dobrze by było, gdybyśmy wszyscy umówili się, aby pojęcie wkuwania funkcjonowało wyłącznie w znaczeniu słownikowym. Gdyby zaś zaszła potrzeba nazwania po imieniu autentycznej nauki bez zrozumienia, nazywajmy ją “bezmyślnym wkuwaniem”.

Mit nr 6

Szkoła powinna mniej uczyć wiedzy, a więcej kompetencji.

Słownik PWN określa kompetencję jako «zakres czyjejś wiedzy, umiejętności i doświadczenia». Zatem przeciwstawianie wiedzy, kompetencjom jest nielogiczne, bo wiedza jest elementem kompetencji. Jeśli ktoś odkryje, że chirurg nie potrafi używać skalpela i innych przyrządów, wówczas powiemy, że brakuje mu kompetencji. A co jeśli umie wykonać wszystkie czynności chirurga, a brakuje mu “tylko” wiedzy na temat anatomii człowieka? Ot – nie odróżnia wątroby od nerki lub nie wie jak działa układ krwionośny. Czy nazwiemy go wówczas kompetentnym? Otóż nie. Brak wiedzy to również brak kompetencji, a praca nad kompetencjami to również praca nad zdobywaniem wiedzy. Ten mit jest kuriozalnym nieporozumieniem słownikowym, ale niestety funkcjonuje.

Mit nr 7

Szkoła od lat stawia na wiedzę pamięciową i efekty są jakie są, więc dodanie jeszcze więcej do nauki na pamięć niż mają obecnie niczego nie poprawi.

Ten zarzut jest wyjątkowo podstępny, gdyż miesza prawdę z fałszem. Trzeba tutaj zwrócić uwagę na pewne kluczowe pojęcie, które moim zdaniem powinno stać w centrum edukacji jako takiej. Jest nim pamięć długotrwała. Każdy chyba zna z własnego doświadczenia różnicę między pamięcią krótkotrwałą, a długotrwałą. Wszystkie doznania przechodzące przez nasze zmysły trafiają do pamięci krótkotrwałej. Ona jest niebywale chłonna i pełni w pewnym sensie taką rolę jak RAM w komputerze. Problemem jest czas. Możemy szybko się nauczyć nawet dość obszernego pakietu wiadomości, ale zdecydowanej większości z tego co pospiesznie wykuliśmy za jakiś czas nie będziemy pamiętać. Umysł na bieżąco pozbywa się prawie wszystkiego co widzieliśmy, słyszeliśmy, czytaliśmy. Ale mamy też pamięć długotrwałą, dzięki której pewne rzeczy pamiętamy nawet do końca życia. Jestem głęboko przekonany o tym, iż to właśnie powinno być naczelnym celem wszystkich nauczycieli – kumulowanie w pamięci długotrwałej uczniów jak największego bagażu wiedzy i umiejętności. Nic nam po tym, że uczniowie zaliczą wszystkie sprawdziany, jeśli zrobią to wyłącznie w oparciu o pamięć krótkotrwałą. Zatem prawdą jest, że szkoła od lat stawia na wiedzę pamięciową i efekty są jakie są. Tyle tylko, że szkoła stawia wyłącznie na pamięć krótkotrwałą i koncertowo marnotrawi niemal całą pracę uczniów i nauczycieli, gdyż kompletnie pomija obowiązek utrwalania wiedzy w pamięci długotrwałej.

Konkurs Maturus nie zakłada dodawania czegokolwiek więcej do nauki niż to, co już jest wymagane. To istotnie niczego by nie zmieniło, gdyż obecne programy są rzeczywiście przeładowane i zbudowane tak, jakby autorzy wręcz zakładali, że szkoła ma działać w oparciu o zasadę 3z. Ja postuluję radykalne zmniejszenie ilości informacji wymaganych do opanowania, o czym przekona się każdy, kto zechce przeczytać oba “Kanony Maturus”. Proszę porównać wiedzę historyczną tam zgromadzoną, z podstawą programową przerabianą na lekcjach historii. Konkurs wymaga tylko znikomej części materiału omawianego przez nauczycieli. Dysproporcja w przypadku innych przedmiotów jest jeszcze większa. Lepiej wymagać mniej, ale jednocześnie zadbać, aby to, co jest wymagane, zostało solidnie przyswojone w pamięci długotrwałej za pomocą skutecznych metod utrwalających.

CO ZYSKAMY? 

Czas, energię i zainteresowanie uczniów. 

Czas, gdyż doświadczenie pokazuje, że uczniowie, którzy pogodzili się z koniecznością solidnego przyswojenia Kanonu, autentycznie się biorą za naukę i opanowują zgromadzone w nim informacje w o wiele krótszym czasie, niż to się na początku wydaje. Późniejsze utrwalanie raz dobytej wiedzy to drobnostka, która powtarzana regularnie przez szereg lat, daje wielkie i trwałe rezultaty. Mamy tutaj możliwość ogromnej oszczędności czasu, który obecnie przepada w ramach zasady 3z.

Energię, gdyż cały wysiłek włożony w opanowanie Kanonu i zaliczanie kolejnych edycji Maturtusa, jest o wiele mniejszy, niż wysiłek marnotrawiony w systemie 3z. Co można zrobić z tym zaoszczędzonym czasem i energią? WSZYSTKO! Powiedzmy uczniom jasno i konkretnie: „Nie musicie wkuwać niczego spoza Kanonu, nie musicie upychać na siłę ogromnej wiedzy z kolejnych podręczników – wszystko macie w tej jednej broszurze, to jest must have, nasz kod kulturowy i minimum erudycji, a co więcej będziecie umieli, zależy od was i waszych zainteresowań”. 

Zainteresowania uczniów nie wzbudzimy, jeśli nie zerwiemy z wycieńczającym rytmem 3z, a zerwanie z nim, dzięki ograniczeniu nauki pamięciowej do wiedzy zgromadzonej w Kanonie, otwiera ogromne perspektywy radykalnego przebudowania całego systemu edukacji, tkwiącego w schematach XIX wieku. Nie trzeba robić rewolucji, ale coś zmienić trzeba, a cokolwiek wymyślimy, potrzebujemy właśnie wolnego czasu i energii. Warto czerpać natchnienie z pomysłów, którymi kipi internet (LINK, LINK), można organizować więcej zajęć praktycznych, indywidualnych, więcej wycieczek, pracy w grupach, projektów interdyscyplinarnych i wyzwań wymagających kreatywnego myślenia. Sky is the limit. Ale bez bez ograniczenia podstaw programowych i odrzucenia zasady 3z, czyli bez uwolnienia zasobów czasu i energii uczniów, nawet na najlepsze pomysły nie będzie… czasu i energii. Można co prawda wylać dziecko z kąpielą i zupełnie zrezygnować z erudycji, ale wtedy zamiast nauki przez zabawę, będziemy mieli prawie wyłącznie zabawę.  

WNIOSKI KOŃCOWE

Zawód nauczyciela należy do jednych z najcięższych dla ludzkiej psychiki. Jest chyba jedynym zawodem, który w polskim języku funkcjonuje jako przekleństwo. Nikt nie rzuca klątw w stylu: “o byś kiedyś został kierowcą autobusu albo kasjerką w markecie”. Tymczasem zwykło się życzyć wrogowi, żeby “cudze dzieci uczył”. A przecież wrogom życzy się losu najgorszego z możliwych! Zdarza się czasem, że przychodzą do szkoły rodzice w czasie przerwy i mogą na własnej skórze odczuć decybele, w których my pracujemy na co dzień. Mówią mi wówczas, że nie wytrzymaliby w tym zawodzie nawet jednego roku. W czasie przerwy bywa w szkole głośniej niż na lotnisku – to nie przesada, ale zmierzone specjalistycznym sprzętem i naukowo potwierdzone fakty. Lekcje też dają porządnie popalić. Mimo to nauczyciel to najpiękniejszy z zawodów… dla ludzi, którzy zostali do niego powołani. Budowlaniec wkłada mnóstwo trudu, ale po kilku miesiącach lub latach widzi budynek w całej okazałości – widzi realne, wymierne i autentycznie pożyteczny dla ludzi efekt swojej pracy. Lekaż widzi zdrowego pacjenta, a nauczyciel zdecydowanej większości swych uczniów nie widzi, zatem nie może zobaczyć 99% efektów swojej pracy. Mimo to dla mnie ta profesja jest błogosławieństwem. Nie da się opisać satysfakcji, jaką czuje człowiek słyszący słowa wdzięczności od tych byłych podopiecznych, którzy zechcą nas odwiedzić. A gdybym mógł spotkać się z wszystkimi byłymi uczniami i wysłuchać ich szczerego podsumowania mojej pracy? Co bym usłyszał? Jaki byłby bilans? Czy na pewno pozytywny, a jeśli nawet tak, to czy wystarczająco pozytywny? Wszyscy uczniowie spojrzą kiedyś z dystansu, okiem doświadczonego życiem człowieka, na swoje lata spędzone w szkole. I ocenią je, ocenią nas – nauczycieli. Mają do tego prawo. W końcu byli pod naszą opieką, uczyli się na naszych lekcjach, odpowiadali na nasze pytania, przygotowywali się do naszych sprawdzianów. To trwało długie lata, dzień po dniu. Przelali morze atramentu w zeszytach, przetrwali ogrom stresów i niejedno manto od rodziców. Mają pełne prawo zapytać – po co to było? 

Co z tej całej pracy mam teraz, jako dorosły człowiek? 

To pytanie dręczy mnie od początku mojej pracy i stanowi palącą motywację do wszystkiego co robię w moim zawodzie. Każdy uczeń, który wychodzi spod skrzydeł nauczyciela danego przedmiotu ma za sobą setki roboczogodzin. Im mniej ma z tej pracy jako student, 30-latek lub 40-latek, tym większa jest moja wina. Im więcej – tym większa zasługa. Jeśli mi powie, że pamięta zaledwie 3 daty, 4 postacie historyczne i 5 wydarzeń, to jak ja się usprawiedliwię? Może mam mu pokazać pozytywne oceny na sprawdzianach i świadectwach z kolejnych lat? Czy on po to się tyle uczył, by na tych zakurzonych arkuszach papieru widniał atrament ułożony w kształcie takiej lub innej liczby? Naprawdę? A może powiem mu, że mógł powtarzać na własną rękę? Mogę tak się wykręcić, ale sumienie nie daje mi spokoju, że to jednak za mało, że mogłem zachęcić bardziej, stworzyć warunki, by opłacało mu się zgromadzić znacznie większy i trwalszy zasób wiedzy. Jestem absolutnie przekonany, że można zrobić więcej.

Dlatego Maturus to nie tylko Konkurs, ale też propozycja nowego spojrzenia na edukację. Nie przez pryzmat ocen na świadectwie, ale konkretnych efektów w postaci porządnie przyswojonego kanonu wiedzy. Aby wykładowca widząc studentów pierwszego roku ze złotymi dyplomami Maturusa miał pewność, że stoi przed nim pierwszorzędny narybek solidnie przygotowany do owocnego studiowania. Każdy kolejny Konkurs – najlepiej przystępować doń co roku – to bezlitosne “sprawdzam”. Tu nie zadziała zasada 3z, bo wiedzy jest za dużo. Nie da się zaliczyć tak trudnego egzaminu bez systematycznej i wieloletniej pracy nad Kanonem i przede wszystkim samym sobą, swoimi słabościami. Złoty Maturus na koniec szkoły średniej to świadectwo dojrzałości intelektualnej par excellence. Oznaka wybitnej wiedzy, charakteru, poświęceń, cnót i odpowiedzialności. Im większa część dzieci i młodzieży sprosta temu wyzwaniu, tym bliżej będziemy końca permanentnego kryzysu edukacji.

Miałem kiedyś dwa sny. Pierwszy z nich był koszmarem, w którym nauczyciele służyli instytucji systemowo dręczącej miliony młodych ludzi. Organizowali dla nich tysiące lekcji, a uczniowie musieli siedzieć na twardych krzesłach i uczyć się do niezliczonych testów. Wiedza przypominała wodę, którą nauczyciele wlewali w głowy uczniów chochlami. Umysły dzieci były niczym durszlaki, przez które woda przelatywała i wpadała w bezdenną czeluść niepamięci. Najlepsi uczniowie przypominali myszki spalające energię na bezsensownie kręcącej się karuzeli, wyłącznie dla zabicia czasu. Nauczyciele zaś byli jak dozorcy z opaskami zawiązanymi na oczach. Nie widzieli bowiem żadnych efektów swej pracy. Wszyscy chcieli dobrze, ale wychodziło źle lub miernie. Jeden po drugim wypali się psychicznie i z pasjonatów zmieniali w beznamiętne roboty powtarzające co roku ten sam algorytm zachowań. Koło budynku szkoły było wielkie ognisko, a rodzice dzieci wrzucali do niego ogromne ilości prawdziwej gotówki. Próbowałem w tym śnie coś zrobić, tłumaczyłem by nie palić pieniędzmi, bo to straszne marnotrawstwo, bo można za te pieniądze kupić mnóstwo potrzebnych rzeczy. Ale nikt mnie nie słuchał, a wszyscy mieli miny, jakby unicestwianie tysięcy złotych na godzinę było czymś oczywistym i nieuniknionym. Gdy udało mi się z wielkim trudem chwycić kogoś za rękę, nie reagował lub spoglądał na mnie jak na szaleńca.

Drugi sen też opowiadał o szkole, ale był piękny. Nauczyciele nadal wyglądali jak dozorcy, chochlami wlewali wodę wiedzy, a dzieci musiały pracować, ale wszystko działało na innych zasadach. Uczniowie mieli obowiązek zatykać wszystkie dziurki w swych umysłach specjalnymi zatyczkami, by wiedza nie wyciekała. Często się zdarzało, że zatyczki niepostrzeżenie wypadały z durszlaków, ale wtedy nauczyciele zwracali uczniom na to uwagę i ci znowu zatykali nieszczelności – do skutku. To było mozolne zajęcie, ale wszyscy świetnie rozumieli, że zatykanie tych cholernych dziurek jest równie ważne jak dolewanie wody. Gdy jakiemuś uczniowi udało się tak zatkać swój durszlak, że zmienił się w szczelne naczynie, a wiedza doszła do krawędzi, wówczas w czarodziejski sposób jego umysł się powiększał i nagle okazywało się, że wiedza w nim zgromadzona sięga zaledwie do połowy. To cudowne rozrastanie się umysłów uczniowskich sprawiało nauczycielom niesamowitą radość, gdyż czerpali ogromną satysfakcję z dolewania wiedzy i teraz mogli dolewać dalej, nie tracą tego, co wlali wcześniej. Dzięki temu ich psychika się nie wypalała, a ich pasja do ucznia rozkwitała. Najlepsi uczniowie gonili w swoich karuzelkach zawzięcie, ale do ich osi zamontowane były prądnice i inne pożyteczne urządzenia, które służyły wszystkim. Dzięki temu wysiłek myszek nie szedł na marne. Rodzice zamiast palić gotówkę, kupowali cysterny z wiedzą, zatyczki do durszlaków, urządzenia do karuzelek i inne rzeczy usprawniające działanie szkoły, która dzięki tym środkom coraz lepiej kształciła ich kochane dzieci. 

Czy taki sen może stać się rzeczywistością? Wierzę, że Konkurs Maturus zbliży szkołę chociaż trochę do tej pięknej wizji. Ale na pewno nie zobaczymy efektów bez zrehabilitowania erudycji, bez postawienia akcentu na pamięć długotrwałą oraz bez udziału rodziców. Odrzućmy raz na zawsze fatalne przekonanie, że nauka pamięciowa w XXI wieku jest niepotrzebna. Ten fałsz stał się częścią naszej mentalności i to jest coś, co każdy musi sam zmienić w sobie. Bez tego żadne reformy kolejnych ministrów niczego nie poprawią. Odpowiedzialność za obecny stan edukacji nie leży wyłącznie w systemie, ale też na naszych barkach. Mam nadzieję, że w niniejszej rozprawie udało mi się choć niektórych do tego przekonać. 

Jeśli erudycja odzyskała w naszych sercach należne jej miejsce – mówmy o tym głośno i wyraźnie! Regularnie zachęcajmy młodych do wytrwałej nauki i utrwalania zdobytej wiedzy. To bardzo ważne, by słyszały od członków swojej rodziny, że poszerzanie wiedzy jest dobre, ubogacające, przydatne w praktycznym życiu. To naprawdę przeszkadza w uczeniu, jeśli w domu mówi się dzieciom, że wymagania nauczycieli są bezsensowne, bo wystarczy mieć smartfona. A dzieci to słyszą od dawna i ten fałszywy pogląd jest już dziś traktowany jako coś oczywistego. Trzeba wyjść z tej ślepej uliczki, odkręcić to demobilizujące i rozleniwiające przekonanie. Jeśli nasi krewni chcą przy nim trwać, poprośmy ich, by chociaż nie mówili tego przy dzieciach. One już tyle razy słyszały o głupocie nauki na pamięć, że teraz powinny przynajmniej tyle samo razy usłyszeć jak ważna jest erudycja.